Nord Stream – decydujące starcie? Ależ skąd…
W sprawie tego rurociągu nastrój w mediach jest bardzo bojowy („decydujące starcie”, „zmasowany atak”, „ofensywa”, „bitwa o gaz”, „batalia” - wszystkie cytaty z tekstów p. red. Agnieszki Łakomej z Rzeczpospolitej), surmy grają do boju, a nastroje są rozgrzane do czerwoności. Na początek więc dwa zastrzeżenia.
Pierwsze – trzeba umieścić spór o Nord Stream w szerszym politycznym kontekście. Mamy tu podział na tych, którzy chcą połączyć, zintegrować, wręcz zaprzyjaźnić Europę z Rosją, widząc w tym szanse rozwojowe i wykorzystanie przewag wynikających z sąsiedztwa (np. surowce energetyczne). Z drugiej strony mamy zwolenników odsunięcia Rosji od Europy, ograniczania i blokowania współpracy, tworzenia raczej frontu państw sąsiadujących (Rosjanie nazywają to „kordonem sanitarnym”) w imię sojuszu atlantyckiego. Nie muszę tłumaczyć, po której stronie są polscy politycy.
Drugie – spór o Nord Stream umieszczono na wysokim poziomie emocjonalnym. Utożsamiono z naszą racją stanu. Podbito emocje bardzo wysoko. Dlatego argumentacja chłodna i uwzględniająca przede wszystkim proporcje sił oraz interesy gospodarcze i polityczne (a nie emocje i uczucia) może się wydać na pierwszy rzut oka niezrozumiała. Ale warto w tych kategoriach rozpatrywać tę sprawę.
Umieściwszy więc sprawę bojów o Nord Stream w klarowniejszej perspektywie, zastanówmy się, jak sprawa wygląda. Komisja Petycji Parlamentu Europejskiego i inicjatywa posła Libickiego oparta jest na kilku podstawowych obawach.
Głównym składnikiem jest tu gra na uczuciach (dokładnie na obawach ekologicznych), nagłaśnianie protestów ekologów, towarzyszących każdej inwestycji. Jest to podejście nie biorące pod uwagę faktu, że Europa potrzebuje energii, energii czystej ekologicznie (CO2, emisje, globalne ocieplenie…). A więc… gazu ziemnego.
Ale podstawowym celem polskiego euro-posła jest: „konieczność przeciwdziałania inwestycji na tak dużą skalę zagrażającą środowisku”. Czyli oznacza to ni mniej ni więcej: żadnej inwestycji nie przeprowadzicie, bo wymogi będą tak kosztowne, negocjacje ze wszystkimi zainteresowanymi tak długie, ze odechce się każdej inwestycji. Innym bowiem postulatem komisji jest jeszcze jedno opracowanie o oddziaływaniu na środowisko, tym razem zrobione przez „naszego”, przez wszystkie zainteresowane kraje wyznaczoną firmę. Gdyż poseł Libicki chce, by: „wszystkie kraje przybrzeżne wyznaczyły wspólnie niezależną instytucję, która opracuje szczegółowy raport na temat skutków budowy rurociągu”.
I żeby decydować w tej sprawie mogły nie tylko kraje, przez których strefy przechodzi ten rurociąg, ale także te bardziej oddalone. Na przykład Polska. W ten sposób ilość stron, mogących blokować inwestycje rośnie tak, że szanse na osiągnięcie sukcesu (zainwestowania i zbudowania czegokolwiek) są minimalne. Ktoś, kto scalał nieruchomości w Polsce, przygotowując większy projekt inwestycyjny z maleńkich działek i musiał mieć zgody kilkuset zainteresowanych – wie, co to za piekło. Polska doświadczyła tego np. przy budowaniu dróg. Zamiast przełamywać te złe zwyczaje i poprawiać możliwości inwestycyjne, chcemy to nasze nieszczęście wyeksportować do Unii. Gratulacje.
Tak ten przykład, jak i inne pokazują, że niestety mamy do czynienia z mentalnością Kalego. Jeśli rurociąg Nord Stream jest taki straszny, jeżeli takie zagrożenia może powodować, to jak my w ogóle ośmielamy się mówić o “Baltic Pipe”? Jak chcemy zbudować rurociąg do Danii, kiedy te wszystkie zagrożenia są tak straszne, tak nadymane? Przecież nie dotyczą one tylko tego „złego” - rosyjsko-niemieckiego rurociągu. Także tego „dobrego” - polskiego.
Drugim przykładem „mentalności Kalego” jest powołany niedawno w Kijowie sojusz państw, mający doprowadzić ropę naftową i gaz ziemny z Azji Centralnej. Ale tam trzeba położyć rurociąg przez naprawdę zamknięty zbiornik wodny – Morze Kaspijskie. I to w znacznie trudniejszych warunkach (głębokość morza i sukoki tektoniczne). Jeśli o Bałtyku poseł Libicki mówi, że to zbiornik prawie zamknięty, to można tylko powiedzieć: „prawie - robi różnicę”.
Ale na obawach ekologicznych (szczególnie państw skandynawskich) można śmiało grać. Nie są te kraje bowiem przekonane do podstawowego zagrożenia”, którym kieruje się pan euro-poseł, czyli obawy przed Rosją. Sam to przyznaje: „dla niektórych krajów nadbałtyckich znacznie większe znaczenie ma fakt, że gazociąg będzie zagrażał środowisku naturalnemu, niż to, że służy realizacji rosyjskich interesów w Europie i spowoduje uzależnienie Unii od dostaw z Gazpromu.”
Jeśli obawy te Polska będzie podnosiła tak intensywnie jak dotychczas, to ośmielam się przewidywać, że strefa Rospudy rozciągnie się na całą Polskę. I ktokolwiek zechce coś w Polsce wybudować, rozbije się z mocnym (wzmacnianym dzisiaj przez polskich euro-parlamentarzystów) lobby ekologicznym. Blokada inwestycji, szczególnie infrastrukturalnych, już dzisiaj doskwiera Polsce. Nie będzie chyba lepiej, jeśli minister Woźniak ujmuje to tak: „skoro od naszych inwestorów wymagamy zapewnienia na przykład bezpieczeństwa bocianim gniazdom”. No cóż, bocianie gniazda może w Polsce przetrwają, ale ludziom będzie się znacznie lepiej żyło gdzie indziej.
Warto przeczytać stanowisko inwestora, który stara się uspokoić rozgorączkowane ekologicznie głowy. Warto pamiętać, że rezolucja nie żadnej wartości decyzyjnej. Już jedną taką (z XXX) Komisja Europejska pominęła, przypominając uprzejmie, że parlamentarzyści żądają czegoś, do czego Komisja nie ma uprawnień. Czyli kolejny krok pod publiczkę. A konsekwencje dla Polski są już poważne, a będą jeszcze bardziej kosztowne. No cóż, ważniejsze jest dla polskich polityków, że inicjatywa ta „postawi inwestorów gazociągu północnego w wyjątkowo niekorzystnym położeniu”, niż realne interesy i korzyści.
P.S. Zapraszam do obejrzenia nagrania z programu TVN CNBC na moim blogu.
Na dzień przed rozpoczęciem kolejnego szczytu energetycznego w Kijowie (22 – 23 maja 2008), pozwolę sobie na kilka refleksji. Dotyczą one zapowiedzi, co spotkanie tak wielu, bo aż dziewięciu głów państw miałoby przynieść.