Blog Andrzeja Szczęśniaka

O paliwach - na chłodno

Archiwum: maj 2008

2008-05-28 10:53

Nord Stream – decydujące starcie? Ależ skąd…

W sprawie tego rurociągu nastrój w mediach jest bardzo bojowy („decydujące starcie”, „zmasowany atak”, „ofensywa”, „bitwa o gaz”, „batalia” - wszystkie cytaty z tekstów p. red. Agnieszki Łakomej z Rzeczpospolitej), surmy grają do boju, a nastroje są rozgrzane do czerwoności. Na początek więc dwa zastrzeżenia.

Pierwsze – trzeba umieścić spór o Nord Stream w szerszym politycznym kontekście. Mamy tu podział na tych, którzy chcą połączyć, zintegrować, wręcz zaprzyjaźnić Europę z Rosją, widząc w tym szanse rozwojowe i wykorzystanie przewag wynikających z sąsiedztwa (np. surowce energetyczne). Z drugiej strony mamy zwolenników odsunięcia Rosji od Europy, ograniczania i blokowania współpracy, tworzenia raczej frontu państw sąsiadujących (Rosjanie nazywają to „kordonem sanitarnym”) w imię sojuszu atlantyckiego. Nie muszę tłumaczyć, po której stronie są polscy politycy.

Drugie – spór o Nord Stream umieszczono na wysokim poziomie emocjonalnym. Utożsamiono z naszą racją stanu. Podbito emocje bardzo wysoko. Dlatego argumentacja chłodna i uwzględniająca przede wszystkim proporcje sił oraz interesy gospodarcze i polityczne (a nie emocje i uczucia) może się wydać na pierwszy rzut oka niezrozumiała. Ale warto w tych kategoriach rozpatrywać tę sprawę.

Umieściwszy więc sprawę bojów o Nord Stream w klarowniejszej perspektywie, zastanówmy się, jak sprawa wygląda. Komisja Petycji Parlamentu Europejskiego i inicjatywa posła Libickiego oparta jest na kilku podstawowych obawach.

Głównym składnikiem jest tu gra na uczuciach (dokładnie na obawach ekologicznych), nagłaśnianie protestów ekologów, towarzyszących każdej inwestycji. Jest to podejście nie biorące pod uwagę faktu, że Europa potrzebuje energii, energii czystej ekologicznie (CO2, emisje, globalne ocieplenie…). A więc… gazu ziemnego.

Ale podstawowym celem polskiego euro-posła jest: „konieczność przeciwdziałania inwestycji na tak dużą skalę zagrażającą środowisku”. Czyli oznacza to ni mniej ni więcej: żadnej inwestycji nie przeprowadzicie, bo wymogi będą tak kosztowne, negocjacje ze wszystkimi zainteresowanymi tak długie, ze odechce się każdej inwestycji. Innym bowiem postulatem komisji jest jeszcze jedno opracowanie o oddziaływaniu na środowisko, tym razem zrobione przez „naszego”, przez wszystkie zainteresowane kraje wyznaczoną firmę. Gdyż poseł Libicki chce, by: „wszystkie kraje przybrzeżne wyznaczyły wspólnie niezależną instytucję, która opracuje szczegółowy raport na temat skutków budowy rurociągu”.

I żeby decydować w tej sprawie mogły nie tylko kraje, przez których strefy przechodzi ten rurociąg, ale także te bardziej oddalone. Na przykład Polska. W ten sposób ilość stron, mogących blokować inwestycje rośnie tak, że szanse na osiągnięcie sukcesu (zainwestowania i zbudowania czegokolwiek) są minimalne. Ktoś, kto scalał nieruchomości w Polsce, przygotowując większy projekt inwestycyjny z maleńkich działek i musiał mieć zgody kilkuset zainteresowanych – wie, co to za piekło. Polska doświadczyła tego np. przy budowaniu dróg. Zamiast przełamywać te złe zwyczaje i poprawiać możliwości inwestycyjne, chcemy to nasze nieszczęście wyeksportować do Unii. Gratulacje.

Tak ten przykład, jak i inne pokazują, że niestety mamy do czynienia z mentalnością Kalego. Jeśli rurociąg Nord Stream jest taki straszny, jeżeli takie zagrożenia może powodować, to jak my w ogóle ośmielamy się mówić o “Baltic Pipe”? Jak chcemy zbudować rurociąg do Danii, kiedy te wszystkie zagrożenia są tak straszne, tak nadymane? Przecież nie dotyczą one tylko tego „złego” - rosyjsko-niemieckiego rurociągu. Także tego „dobrego” - polskiego.

Drugim przykładem „mentalności Kalego” jest powołany niedawno w Kijowie sojusz państw, mający doprowadzić ropę naftową i gaz ziemny z Azji Centralnej. Ale tam trzeba położyć rurociąg przez naprawdę zamknięty zbiornik wodny – Morze Kaspijskie. I to w znacznie trudniejszych warunkach (głębokość morza i sukoki tektoniczne). Jeśli o Bałtyku poseł Libicki mówi, że to zbiornik prawie zamknięty, to można tylko powiedzieć: „prawie - robi różnicę”.

Ale na obawach ekologicznych (szczególnie państw skandynawskich) można śmiało grać. Nie są te kraje bowiem przekonane do podstawowego zagrożenia”, którym kieruje się pan euro-poseł, czyli obawy przed Rosją. Sam to przyznaje„dla niektórych krajów nadbałtyckich znacznie większe znaczenie ma fakt, że gazociąg będzie zagrażał środowisku naturalnemu, niż to, że służy realizacji rosyjskich interesów w Europie i spowoduje uzależnienie Unii od dostaw z Gazpromu.”

Jeśli obawy te Polska będzie podnosiła tak intensywnie jak dotychczas, to ośmielam się przewidywać, że strefa Rospudy rozciągnie się na całą Polskę. I ktokolwiek zechce coś w Polsce wybudować, rozbije się z mocnym (wzmacnianym dzisiaj przez polskich euro-parlamentarzystów) lobby ekologicznym. Blokada inwestycji, szczególnie infrastrukturalnych, już dzisiaj doskwiera Polsce. Nie będzie chyba lepiej, jeśli minister Woźniak ujmuje to tak: „skoro od naszych inwestorów wymagamy zapewnienia na przykład bezpieczeństwa bocianim gniazdom”. No cóż, bocianie gniazda może w Polsce przetrwają, ale ludziom będzie się znacznie lepiej żyło gdzie indziej.

Warto przeczytać stanowisko inwestora, który stara się uspokoić rozgorączkowane ekologicznie głowy. Warto pamiętać, że rezolucja nie żadnej wartości decyzyjnej. Już jedną taką (z XXX) Komisja Europejska pominęła, przypominając uprzejmie, że parlamentarzyści żądają czegoś, do czego Komisja nie ma uprawnień. Czyli kolejny krok pod publiczkę. A konsekwencje dla Polski są już poważne, a będą jeszcze bardziej kosztowne. No cóż, ważniejsze jest dla polskich polityków, że inicjatywa ta „postawi inwestorów gazociągu północnego w wyjątkowo niekorzystnym położeniu”, niż realne interesy i korzyści.
 

P.S. Zapraszam do obejrzenia nagrania z programu TVN CNBC na moim blogu.

 


2008-05-21 20:56

W przeddzień energetycznego szczytu kijowskiego

Na dzień przed rozpoczęciem kolejnego szczytu energetycznego w Kijowie (22 – 23 maja 2008), pozwolę sobie na kilka refleksji. Dotyczą one zapowiedzi, co spotkanie tak wielu, bo aż dziewięciu głów państw miałoby przynieść.

Najczęściej zapowiadane jest powołanie nowej organizacji międzynarodowej:

„która miałaby wspólnie zająć się przesyłaniem ropy przez planowany od dawna rurociąg Odessa - Brody - Gdańsk. Nowa organizacja miałaby nie tylko własny sekretariat, lecz także bank pozyskujący pieniądze na inwestycje oraz firmę, która całość mogłaby ubezpieczyć. Zadaniem organizacji miałoby być m.in. ustalanie technicznych warunków przesyłu ropy i cen. (za Gazeta Wyborcza)

Taka konstrukcja wydaje się pomysłem politycznym, który w żadnym stopniu nie pasuje do współczesnych energetycznych projektów transportowych, które są przedsięwzięciami gospodarczymi. Muszą się one kierować zasadami biznesowymi, przede wszystkim opłacalnością. Tworzenie do tego celu organizacji międzynarodowych mija się z podstawowymi wymogami efektywności i zasadami gospodarczymi. Poza tym odniesienia takiego pomysłu do struktur unijnych czy państwowych (a także gospodarczych) mogą wywoływać napięcia niż przynosić korzyści. Przypominają organizacje w rodzaju GUAM, które nie odniosły sukcesu.

Uczestnicy tej konferencji zapowiadają także podpisanie kilku dokumentów, w tym “Deklaracji o zasadach globalnego bezpieczeństwa”, “Koncepcji Bałtycko- Czarnomorsko-Kaspijskiego stowarzyszenia energetycznego” oraz dokument dotyczący działań na rzecz realizacji “projektu euroazjatyckiego korytarza transportu ropy naftowej” (za wnp.pl). Patrząc na znaczenie energetyczne uczestników szczytu, zakres tych projektów („globalne bezpieczeństwo”) – wydaje się zakrojony na zbyt wielką skalę. Państwa uczestniczące w szczycie nie odgrywają przecież znaczącej roli w sprawach energii w zakresie globalnym. Problemy, którymi mogą się zajmować są jedynie na skalę regionalną. Toteż ukraińska propozycja, by deklarację tę przyjęły tak Unia Europejska jak i państwa G8 – wydaje się być zakrojona na zbyt wysoką skalę.

Tworzenie stowarzyszeń energetycznych, organizacji międzynarodowych, jest działaniem zastępczym wobec wspierania przedsięwzięć o charakterze biznesowym, tworzonych przez przedsiębiorstwa czy ich konsorcja. Dobrym wzorem jest tu konsorcjum, które wybudowało rurociąg BTC (Baku – Tbilisi – Ceyhan). Przedstawienie projektu z udziałem tego rodzaju graczy nadałoby wiarygodność dotychczasowym działaniom. Bez takiego wsparcia pozostają one czysto politycznymi deklaracjami, gdyż nawet spółka powołana przez kilka państw (Nowa Sarmatia), jeśli nie ma zdecydowanych interesów w wyprowadzeniu ropy naftowej z rejonu kaspijskiego czy dostarczeniu jej odbiorcom – nie zrealizuje tak trudnego przedsięwzięcia. Dotychczasowe doświadczenia z realizacją projektu poprzez spółkę Sarmatia potwierdzają tę tezę. Dodanie trzech nowych udziałowców i zamówienie kolejnego studium trudno uznać za znaczący przełom, który dawałby nadzieję na realizację przedsięwzięcia.

Brak konkretów i efektów odczuwa także prezydent Kaczyński, gdy mówi: “musi być także bardziej skonkretyzowany plan kolejnych działań związany nie tylko z rurociągiem Odessa-Brody, ale także z tym, co się wiąże z połączeniem między Azerbejdżanem a Gdańskiem”. (PAP)

Podstawową i powszechnie dyskutowaną słabością projektu odwrócenia dzisiejszego biegu ropy w ukraińskim odcinku rurociągu, jest brak zaopatrzenia w ropę naftową. W związku z tym niezobowiązujące deklaracje Azerbejdżanu są najsłabszym punktem. Dopóki gwarancji dostaw ropy nie będzie, cały projekt pozostanie na papierze. Jednak „twardych” zobowiązań azerskich trudno się spodziewać, znając tak możliwości wydobycia własnej ropy przez SOCAR, priorytet zapełnienia rurociągu BTC (która pracuje na 2/3 możliwości) czy też jej aktualne projekty inwestycyjne, które nie są spójne z ogólnymi deklaracjami prezydenta Alijewa.

Alternatywa dostaw ropy w postaci Kazachstanu już na trwałe powinna zostać wykreślona, gdyż Kazachowie podpisali niedawno porozumienie z Rosją, umożliwiające zwiększenie mocy przesyłowych rurociągu CPC (Caspian Pipeline Consortium), które połączono z udziałem Kazachów w przesyle rurociągiem Burgas – Aleksandropulis. Tak więc kazachska ropa zasili bezpośrednią konkurencję projektu Odessa-Brody, wyprowadzając ropę z Morza Czarnego i omijając wąskie gardło cieśniny Bosfor.

Zapowiadano także na szczycie kijowskim prezentację założeń biznesowych rurociągu Odessa-Brody-Gdańsk. To będzie kluczowe wydarzenie, jednak trudno spodziewać się, by przedstawiono tam solidne opracowanie, gdyż umowę z analizującą ten projekt spółką Granherne Ltd. podpisano dopiero w kwietniu. Za to z udziałem dwóch prezydentów: Polski i Ukrainy. Stopień zaangażowania najwyższe rangi polityków w ten projekt jest imponujący, jednak postęp w realizacji – niewielki. Jednak nawet taka ranga nie zapewni solidności analizy, jaką daje późniejsza konieczność wykonania tego biznesplanu. Projekt Odessa Brody ma już długą tradycję analiz, od PriceWaterhouse do firmy Kastor, które nie okazywały się nieprzydatne.

Podsumowując ocenę na dzień przed szczytem, można powiedzieć, że w dalszym ciągu jest to projekt polityczny, który skupia się na spotkaniach na najwyższym szczeblu. Pracując jednak nad uniezależnieniem się energetycznym od Rosji (mimo ciągłych zaprzeczeń – trudno znaleźć inne wyjaśnienie takiej koalicji energetycznej) inicjatorzy nie potrafili do tej pory przedstawić konkretów, które mogłyby zapewnić sukces ich starań. Gospodarcze fundamenty są dopiero studiowane i choć to trzeci już szczyt, będą dopiero wstępnie oceniane.

Brak konsekwencji w wykonaniu częstych zapowiedzi (jak choćby zapowiedź prezydenta Kaczyńskiego z poprzedniego spotkania w Kijowie 7 grudnia 2007: “Polska jest zainteresowana tym, by już w maju 2008 roku ropa z Brodów koleją mogła być transportowana do Polski” - PAP), zmieniająca się grupa uczestników, rozmycie dotychczasowych konkretnych projektów (rurociąg Odessa-Brody) a koncentracja na „globalnych aspektach bezpieczeństwa energetycznego” wskazuje na to, że polityczne koła być może szybko się kręcą, jednak pojazd nie trzyma się dobrze gospodarczych realiów, trudno więc mieć nadzieję na skuteczność tego pomysłu.

Zobaczymy, co zostanie osiągnięte jutro w Kijowie, miejmy nadzieję, że miło się rozczarujemy.