Blog Andrzeja Szczęśniaka

O paliwach - na chłodno

Archiwum: sierpień 2007

2007-08-21 11:17

Orlen znowu chce przejąć Lotos

Który to już raz? Chyba czwarty, jak liczyć poważne próby przejęcia gdańskiej rafinerii. “Odwieczny” problem polskiego rynku, a raczej polskich polityków, rządzących sektorem. Przyjrzymy się zatem tej próbie. Jakie są tu najważniejsze argumenty Orlenu?

A. “Jeden silny narodowy gracz jest w interesie gospodarki i państwa”.

Uważam, że w interesie państwa nie leży tworzenie gracza tak mocnego, by musiał liczyć się z jego naciskami. Siła nacisku na politykę (wielkość, zaangażowanie w politykę międzynarodową, wielkość dochodów budżetu, lobbing własnych interesów) takich quasi-państwowych gigantów jest niebezpieczna dla państwa. Odporność struktur administracyjnych na naciski takich firm (i legalne i korupcyjne) jest niewielka. Państwo powinno unikać kreowania takich tworów, jeśli chce zachować zdrowe i sprawne struktury.

W interesie gospodarki jest zaś, aby paliwa były jak najtańsze, inaczej obciążają inne sektory gospodarki i zmniejszają ich konkurencyjność. A jak wiadomo - monopol kosztuje. Szczątkowa choćby konkurencja wytwarza jednak nacisk na obniżenie kosztów, racjonalizację zatrudnienia czy jakość usług. Nie jest z tym na polskim rynku najlepiej - po fuzji może być znacznie gorzej.

B. “Zagrożenie ze strony rosyjskich koncernów”

Taki sposób myślenia prowadził już do nabycia rafinerii w Możejkach i jest on błędny. Straty, które Orlen poniósł przez czysto polityczną decyzję wydania wojny rosyjskim firmom, są ogromne, zaś w przyszłości mogą być znacząco większe. Wielkość marż, którymi cieszą się polskie rafinerie, jest efektem współpracy gospodarczej z Rosją, a nie wojny ze wschodnim sąsiadem. Jeśli ta wojna będzie trwała - przełoży się na bliskie już umowy dostaw (czy ich brak przy zamknięciu rurociągu Przyjaźń” ) - podstawy polskiego boomu rafineryjnego zostaną podcięte. Warto więc zmienić filozofię interesów, gdyż zyski odnosi się nie z wojny przeciw komuś, ale ze współpracy korzystnej dla obu stron.

C. “Połączenie OMV i MOL”

Orlen, OMV i MOL - te trzy firmy konkurują w Centralnej Europie. Jednak po pierwsze ich regiony oddziaływania są różne - Orlen działa na północy, OMV i MOL na południu, głównie na Bałkanach.

Oczywiście ewentualna fuzja OMV i MOL-a zmienia układ sił w regionie, jednak warto przyjrzeć się podstawowym paramtrom rynkowym i finansowym, by odpowiedzieć na pytanie, czy kolejne aktywa rafineryjne są odpowiedzią na to wyzwanie. W podstawowych aktywach rynkowych Orlen jest porównywalny nawet z połączonymi firmami austriacką i węgierską. Ilość stacji: Orlen 2800 - OMV+MOL 3300. Moce rafineryjne: Orlen 30 mln ton - OMV+MOL 47 mln. Porównywalne, gdyż po takiej fuzji władze antymonopolowe z pewnością wymogą na OMV+MOL sprzedaż pewnych aktywów, żeby rynek CEE nie został zdominowany przez nowego giganta. Menedżerowie OMV, dążący do przejęcia MOL-a, otwarcie to przyznają. Można więc uznać, że aktywa rynkowe będą podobne.

Jednak Orlen odstaje znacząco od tych dwóch konkurentów pod względem parametrów finansowych. Pomimo liderowania jeszcze dzisiaj pod względem przerobu i sieci stacji - wyniki Orlenu są znacznie gorsze: EBITDA - OMV 3,6 mld$, MOL 2,5 mld$, Orlen+Możejki 1,7 mld$ (2006r). Podobnie jest w wartości aktywów i kapitalizacji: Orlen znacznie gorzej, mniej efektywnie wykorzystuje swoje rynkowe zasoby. Wniosek jest jeden - Orlen powinien lepiej zarabiać, pozbywać się aktywów przynoszących najmniejsze dochody (proponuję Możejki) i efektywniej gospodarować tym, co posiada. Straszenie, że “za tą fuzją stoją Rosjanie” nie zmienia faktu słabszej efektywności spółki i nie zwalnia z obowiązku znalezienie właściwego remedium, zamiast uciekać do przodu w kolejną akwizycję.

D. “Korzystniejsze zakupy ropy”

Myślałem że po zakupie Możejek nikt nie będzie się powoływał na ten argument, gdyż został on w tamtej transakcji doszczętnie skompromitowany. To nie ilość nabywanej ropy, ale układ sił między nabywcą a dostawcą jest kluczową sprawą. Przy Możejkach Rosjanie dowiedli, że mają przewagę, że mogą doprowadzić do poważnego pogorszenia sytuacji rafinerii. Taki argument działa bowiem jedynie wtedy, gdy sprzedający nie ma alternatywy. Rosjanie już ją mają i będą ją zwiększać. Rynek nabywcy przekształca się w rynek dostawcy. Taka argumentacja (podobnie ja punkt o “zagrożeniu ze strony Rosjan” ) wydaje mi się prowadzić do kolejnego nieszczęścia. Receptą na tańszą ropę jest poprawienie stosunków ze wschodnim sąsiadem, a nie próby nacisku na niego. W przypadku bowiem nacisku - Rosjanie mają kilka kart w zapasie (Chiny, nowy rurociąg “Przyjaźń-2″ ).

Andrzej Szczęśniak
www.szczesniak.pl

Ciąg dalszy nastąpi. W tej części odniosłem
się jedynie do argumentów przytoczonych w <a Rzeczpospolitej.


2007-08-19 7:53

Chiny wygrywają z Europą konkurencję o kazachskie zasoby

Chiny i Kazachstan podpisały umowę o budowie rurociągów. Nursułtan Nazarbajew podpisując umowę z chińskim premierem Hu Jintao, powiedział, że “region kaspijski zostanie połączony z zachodnimi Chinami”.Dzisiejszy rurociąg naftowy z Atasu do Alashankou w Chinach (patrz mapka) zostanie przedłużony, 1200 kilometrów nowych rur o możliwości przesyłu 20 mln ton rocznie przedłuży istniejący odcinek rurociągu i połączy Chiny z dwoma polami naftowymi Kenkiyak and Kumkol, którymi zarządza chińska państwowa firma China National Petroleum Corporation. Ten największy chiński producent ropy już zainwestował w Kazachstanie 6,5 miliarda $ w wydobycia, rafinerie i rurociągi. Dzięki temu będzie mógł dostarczyć z Kazachstanu do Chin 5% dzisiejszych potrzeb Państwa Środka.

 

 

Zostanie także zbudowane połączenie gazowe z Turkmenii do Chin przez Kazachstan. Gaz będzie omijał Afganistan, Kirgizję i Tadżykistan. Gazociąg ma kosztować 4 miliardy $ i przesyłać 30 miliardów m3 gazu rocznie. Jeśli przyjrzeć się dzisiejszym rurociągom, to widać, że są one dziedzictwem byłego Związku Radzieckiego. Skierowane są na północ, prowadząc gaz do Rosji. Inwestycje Gazpromu i planowany rurociąg przykaspijski wzmocnią ten kierunek. Nowe umowy i inwestycje chińskie wyznaczą nowy azymut przesyłu gazu - wschodni.

Patrząc strategicznie - jest to drugi już cios w nadzieje Europy na dostawy gazu i ropy z Centralnej Azji. Na dostawy samodzielne, z pominięciem Rosji. Ponieważ pierwszym ciosem dla tych planów była umowa między Rosją a Kazachstanem i Uzbekistanem o “rurociągu przykaspijskim”. To nim, a nie przez Azerbejdżan popłynie gaz do Europy.

Teraz do gry włączył się gracz znacznie potężniejszy, gdyż Chiny są nienasyconym konsumentem ropy i gazu, którego wzrost gospodarczy (przypomnijmy - średnio 11,9% rocznie) spowodował, że jest to drugi po USA konsument ropy i gazu na świecie. I ciągle zwiększającym swoje potrzeby. Połączenie gospodarki chińskiej, poszukującej zasobów na całym świecie. Do 2005 roku Chiny wydały 17,7 miliarda dolarów w zagraniczne projekty poszukiwania złóż ropy w dzisiejszej “energetycznej wojnie” o dostęp do zasobów. Trudno się dziwić, że obiektem szczególnych starań jest sąsiedni Kazachstan i region kaspijski, który ocenia się na 4% światowych zasobów.

Warto także zaznaczyć, że ten uch wzmacnia także Rosję, która już dzisiaj planuje eksportować swoją ropę rurociągiem Atasu - Alashankou do Chin. Pierwsze przesyły planowane są rurociągiem Oms - Szymkent już w końcu 2007 roku. Zmieni to gwałtownie stosunek sił Rosja - Europa w dostawach ropy. Będą to przygotowania do znacznie większej reorientacji dostaw po otwarciu rurociągu wschodnio-syberyjskiego.

Energetyczny sojusz państw Azji Centralnej i Chin niweczy działania Europy, a głównie Stanów Zjednoczonych, które widziały w rejonie Morza Kaspijskiego przeciwwagę dla wpływów Rosji i jej pozycji w dostawach dla Europy. Sama Unia podejmowała w tym rejonie działania słabe i niezdecydowane. Bardziej koncentrowała się na prawach człowieka i demokracji, co oczywiście stawiało ją na z góry przegranej pozycji w tym mało demokratycznym rejonie.

USA z kolei, traktując konkurencję o ropę jako polityczny nacisk na Rosję nie mogły się przebić przez naturalną przeszkodę Morza Kaspijskiego i jego impasu prawnego, który Rosja wykorzystała dla blokownia połączenia zasobów leżących na wschodnim brzegu z Azerbejdżanem i Gruzją - sojusznikami Ameryki.

Azerbejdżan, który zawdzięcza inwestycjom międzynarodowych koncernów naftowych swój ogromny rozwój gospodarczy (najszybciej rozwijająca się gospodarka na świecie - aż 35% w ub r.), także stara się walczyć o interesy Zachodu w tym rejonie. Ostatnio podpisał umowę z Agencją Rozwoju Handlu na badania możliwości eksportu ropy i gazu z regionu kaspijskiego. Jednak cóż to jest 1,7 miliona $ grantu dla AIOC, gdy pozycja Azerów w Azji Centralnej jest nieporównywalna z Rosją czy Chinami. Starania o skierowanie zasobów na zachód (właśnie przez Morze Kaspijskie i rurociągu Baku - Ceyhan czy gazociąg Baku - Erzerhan) wydają się nieskuteczne.

To stawia pod znakiem zapytania projekt gazociągu Nabucco. Uderza także w ekonomię rurociągu naftowego Baku - Ceyhan. Oznacza że pozycja Rosji w dostawach gazu do Europy a ropy naftowej na światowe rynki nie będzie osłabiona.

To oczywiście przekreśla polskie ambitne plany w Azji Centralnej. Minister Naimski przed wizytą Prezydenta Kaczyńskiego w Kazachstanie szumnie zapowiadał “korytarz transportowy ropy naftowej z rejonu Morza Kaspijskiego” Aktau - Gruzja - Morze Czarne - Odessa - Brody - Płock - Gdańsk. Jak zapowiadał nasz super-minister od energetyki Tak szeroko krojona wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego okazała się spektakularną klapą.

Miejmy nadzieję, że oduczy nas to mocarstwowych marzeń na polu, gdzie toczy się prawdziwa wojna ekonomiczna, gdzie nie ma litości dla tak słabych graczy jak Polska, gdy starają się - nie mając żadnych narzędzi - grać w superlidze. Ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że nikt nie zauważy tak przełomowego faktu i dalej będziemy snuć marzenia o polskim korytarzy transportowym z Azji Centralnej.

 
Andrzej Szczęśniak
www.szczesniak.pl


2007-08-16 11:23

Azerski gaz czyli złudzenia

Agnieszka Łakoma pisze w Rzeczpospolitej, że azjatycki gaz jest szansą dla Europy. Teza ta wydaje mi się mało realistyczna. Oto kilka moich argumentów.

Pani Agnieszka pisze:

Rosyjski Gazprom groził przykręceniem kurka, bo Mińsk nie zapłacił za odebrany gaz. Tym razem skończyło się na groźbach, bo Białoruś spłaciła dług, lecz historia ostatnich trzech lat pokazuje, że rosyjski potentat potrafi przykręcić gazowy kurek.[...] Groźby ze strony Gazpromu, że zakręci gazowy kurek dla Ukrainy i Białorusi, uderzające też w kraje unijne, mogą się pojawiać nawet co kilka miesięcy.

Przerwanie dostaw odbiorcy, który nie płaci za towar, nie jest jakimś dzikim obyczajem i trudno dziwić się jakiejkolwiek firmie, że nie chce dostarczać towaru, za który ktoś nie płaci. Dodatkowo zauważyć należy, że Białoruś płaci za gaz 100 $/1000m3, gdy my płacimy ponad 2,5-krotnie więcej. W polskim interesie gospodarczym jest, aby Białoruś otrzymywała gaz w porównywalnych cenach, inaczej konkuruje w sposób “nieuczciwy” z naszymi przedsiębiorstwami.

I to nie rozliczenia między Gazpromem a Biełtransgazem są zagrożeniem dla krajów Europy, a nieprzewidywalność prezydenta Juszczenki. Dowiódł on na przełomie 2006 - 2007, że każdy sposób jest doby, żeby osiągnąć swoje cele.

Każda taka rosyjska zapowiedź oznacza obawy o dostawy dla Polski i Niemiec. [...] Dla Unii Europejskiej to sygnał, że nowe drogi dostaw gazu nie z Rosji, ale z Azji są pilną koniecznością.

Dla krajów zagrożonych tą sytuacją (głównie Niemiec) nie gaz z Azji jest alternatywą, ale stabilne kanały dostaw gazu z Rosji, które omijałyby tak niestabilne regiony jak Białoruś czy Ukraina, a dobrze byłoby, żeby z tak niechętnymi Rosji krajami jak Litwa czy Polska, miały też jak najmniej wspólnego.

Każdy kryzys między krajami byłego bloku sowieckiego a Rosją umacnia w krajach północnej Europy, potrzebujących coraz więcej gazu, przekonanie, że gazociąg Nord Stream jest najpewniejszą alternatywą. Polscy politycy i dziennikarze tego nie rozumieją, gdyż zadowalają się politycznym i medialnym wymiarem tych konfliktów i szkodami, jakie ponosi w nich Rosja czy Gazprom. Natomiast przedsiębiorcy szukają realnych alternatyw, a nie politycznych środków walki z kimkolwiek.

Formalnie każde tego typu przedsięwzięcie (rurociąg) ma charakter komercyjny, bo inwestorzy chcą odzyskać nakłady. Lecz poparcie Unii z możliwością współfinansowania z kasy Brukseli choćby analiz projektu jest bardzo istotne. Trudno ocenić, czy Unia zdecyduje się na taki krok teraz, kiedy powstaje plan budowy nowego wielkiego rurociągu z Azji Środkowej do Europy.

Nie rozumiem tego słowa “formalnie”, ponieważ rurociągi w Europie i na świecie (nawet w Rosji) powstają <b>realnie</b> jako przedsięwzięcia komercjalne, na ryzyko przedsiębiorstw, które je budują.

Nadzieja, że “Europa” zafunduje komuś tak wielkie przedsięwzięcia, w tym liczne zapowiedzi polskich polityków) jest żywieniem złudzeń. Unia stara się pójść w dokładnie odwrotnym kierunku. Chce zliberalizować, uczynić bardziej konkurencyjnym i biznesowym ten rynek. Jak w tych staraniach wyglądałoby nagłe fundowanie jednemu z graczy rurociągu? Skąd Unia Europejska wzięłaby na to pieniądze? Już widzę Niemców głosujących za tym, żeby Grekom i Włochom czy też Węgrom i Austriakom wybudować rurociąg.

Poza tym Unia Europejska ma listę priorytetowych projektów i na niej znajduje się tak Nord Stream, jak i Nabucco. Jednak powstanie każdego z nich już jest sprawą biznesu, a państwa mogą tylko sprzyjać. Lub przeciwdziałać, jak czyni to Polska z projektem rosyjsko - niemieckim.

Daje on szansę, by około 2012 roku pojawiła się w Europie większa ilość konkurencyjnego gazu. Źródłem będzie Azerbejdżan. [...] Azerowie, którzy po Turkmenistanie będą w Azji Środkowej jednym ze znaczących producentów gazu ziemnego, chcą go eksportować do Europy. [...] Azerowie zapewniają, że będą dostarczać gaz przez Turcję do Europy. Kilka dni temu poinformował o tym minister energetyki Azerbejdżanu Natik Alijew. Jednocześnie zapowiedział, że gaz ze złoża Szakh Deniz trafi do Turcji i Grecji jeszcze w 2007 r. Za kilka lat wydobycie w tym rejonie wzrośnie, a dostawy mogą wynosić nawet 21 mld m sześc. rocznie.

Azerbejdżan - bardzo miły kraj, tylko, że do niedawna był jeszcze importerem gazu ziemnego z Rosji, a jego nadzieje, jak do tej pory są oparte na złożu Shaz-Deniz, z którego rozwinięciem są ciągle kłopoty. Że za kilka lat wydobycie wzrośnie - być może, jednak po pierwsze ilości gazu z Azerbajdżanu są zbyt małe, by był on samodzielnym dostawcą gazu do Europy, a po drugie sam Azerbedżan nie jest w stanie unieść ciężaru inwestycji (w odróżnieniu od Gazpromu) i wydobyć czy też dostarczyć gaz europejskim odbiorcom.

Po drodze gazu z Azerbejdżanu mamy jeszcze kilka państw, które bardzo chętnie go skonsumują. Po pierwsze Gruzja, potem bardzo szybko zwiększająca konsumpcję Turcja, a potem kraje… południowej Europy. Cóż więc mają wspólnego troski polskich i niemieckich gazowników i polityków z gazem z Azji? Niewiele. Te regiony są tak odległe, że mówienie o alternatywie azjatyckiej jest mrzonką.

Projekt Nabucco bardziej realny. Ostatnio inwestorzy zapowiadają, że prace rozpoczną się za dwa lata. Chodzi o wyjątkowo długi rurociąg - około 3,3 tys. km za 4,5 mld euro. Połączy cztery kraje europejskie z systemem tureckim, do którego azerski gaz dociera istniejącym rurociągiem przez Gruzję. Gdyby projekt powstał rzeczywiście za pięć lat, Europa mogłaby odbierać tą drogą nawet 31 mld m sześc. gazu azjatyckiego. Wraz z importem przez nowe połączenie turecko-grecko-włoskie te dostawy stałyby się znaczącym elementem zaopatrzenia Unii Europejskiej w gaz ziemny.

Polscy politycy (premierzy Marcinkiewicz i Kaczyński i wielu innych) przywołują rurociąg Nabucco jako alternatywę do dostaw z Rosji. Realizm tego pomysłu jest “porażający” (modne ostatnio słowo :-).

Projekt Nabucco jest przygotowywany od wielu lat i nie może wyjść poza sferę dyskusji. Podstawowym problem jest niepewność źródeł gazu. Jednym z tych czynników niepewności jest także Azerbejdżan, który w żaden sposób nie może być uważany za główne źródło gazu, a o dopiero za jedyne. Jeśli przyjrzeć się poniższej mapce, to widać, jak trudny i technicznie i biznesowo i politycznie jest to projekt.

Czynnikiem ryzyka są także kraje tranzytowe, jak choćby Turcja, która ma plany stać się energetycznym węzłem dla Europy, ale jej członkostwo wciąż stoi pod znakiem zapytania. Jej gwałtownie rosnąca konsumpcja gazu (podobnie jak krajów, przez które miałby przebiegać jest równie dużym problemem. dlatego ten projekt od wielu już lat nie może wystartować.

Obecnie alternatywą dla tak długiego i ryzykownego rurociągu staje się LNG (LNG - porównanie kosztów przewozu, o czym świadczy zaangażowanie OMV w projekty w Iranie. O zniecierpliwieniu Węgrów przedłużaniem się tego projektu: MOL współpracuje z Gazpromem.

Poza tym w południowej Europie, gdzie dotrze chyba gaz azerski, głównym dostawcą nie jest Rosja tylko Algieria. Więc dywersyfikacja dostaw gazu dla Włoch oznacza także możliwość zwiększenia dostaw gazu rosyjskiego.

Tak więc łączenie kłopotów z tranzytem gazu przez Białoruś, obawami Polaków i Niemców z nadziejami na gaz z Azerbejdżanu wydaje się - podejściem mało realistycznym.

Andrzej Szczęśniak
www.szczesniak.pl