Blog Andrzeja Szczęśniaka

O paliwach - na chłodno

Archiwum: kwiecień 2007

2007-04-16 9:15

Nafta i gaz – upolitycznione i zmilitaryzowane?

Dla zrozumienia wydarzeń, które obserwujemy w branży gazowo – naftowej, konieczne jest wyjaśnienie, jaką rolę odgrywają te nośniki energii w szerszej polityce rządu.

Wyjaśnienie przybliża wypowiedź premiera Kaczyńskiego na konferencji Prawa i Sprawiedliwości, poświęcona polityce zagranicznej. Premier uznał ”zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego państwa za najważniejsze, obok bezpieczeństwa militarnego, zadanie polityki zagranicznej rządu”.

Zastanawiając się, jakie to może mieć skutki dla tej części gospodarki, można stwierdzić, że już samo stawianie energii na równi z obronnością kraju wskazuje na sposób myślenia i postępowania rządu wobec nafty i gazu. Jest to myślenie w kategoriach politycznych, wręcz militarnych. Dla rządu te dziedziny odgrywają rolę nie gospodarczą, lecz polityczną - podległą strategicznym interesom państwa. Zmienia to całkowicie reguły gry, którymi dotychczas rządziły się te branże – do niedawna elementy „zwykłej gospodarki”.

Dlatego trudno się dziwić, że powtarzane jest wciąż hasło: „Bezpieczeństwo musi kosztować”. W tak rozumianej pozycji tej branży nie liczy się to, co zwykle liczy się w gospodarce - efektywność i niskie koszty dla gospodarki, zasady ekonomii i opłacalności działań przedsiębiorstw oraz konkurencja na rynku, podnosząca jakość i obniżająca cenę. W sposobie myślenia reprezentowanym przez rząd, wszystkie te elementy są podległe myśleniu w kategoriach -konfliktu między państwami.

Przy takim usytuowaniu branży naturalnym jest, że decyzje tak strategiczne, jak i operacyjne zapadają w dowództwie (tutaj – Ministerstwo Gospodarki, Kancelaria Premiera czy Urząd Prezydenta). I rzeczywiście mamy do czynienia z takim właśnie podejściem do strategicznych inwestycji. Dla przykładu zakup przez Orlen rafinerii w Możejkach – bez szans na sukces w początkowej fazie, niespodziewanie zwyciężył znacznie bardziej odpowiadających rządowi litewskiemu inwestorów. A wszystko dzięki wizycie w Wilnie wice-prezydenta USA Cheneya. Wielokrotnie w sytuacji kryzysów wokół litewskiej rafinerii prezydent Kaczyński zapewniał, że nie ustąpimy,a polska strona nie renegocjowała wysokiej ceny zakupu, choć wydarzenia obniżały wartość inwestycji dla Orlenu. To pokazuje, jak niewiele liczyły się zasady ekonomii przedsiębiorstwa.

Dotychczasowe polskie inicjatywy polityczne mają właśnie ten charakter – przenoszą sprawy gospodarcze na poziom polityczno – militarny. Przypomnijmy „energetyczne NATO”, czyli próbę zbudowania sojuszu politycznego, który oprócz państw Europy miał obejmować USA. W kategoriach gospodarczych trudno zrozumieć, o co chodzi, gdy ktoś zachęca do „solidarności” w sytuacji, gdyby ktoś nie otrzymał dostaw gazu czy nafty. Czy ci, którzy nie chcą kupić po takich cenach, jakich żąda dostawca, mieliby być wspomagani przez innych? Oddawać swoje zakupione surowce? Czy państwo miałoby wkraczać w tę dziedzinę gospodarki jako uczestnik, posiadający własne rezerwy albo mogący nakazywać przedsiębiorstwom, co mają zrobić z własnymi produktami?

W kategoriach gospodarczych jest całkowicie niezrozumiałe, stąd także bardzo sceptyczna, a czasami ironiczna reakcje państw europejskich. Jeśli jednak przejść na wyższą płaszczyznę – polityczną czy też wojskową – sprawa staje się jasna. W regułach sojuszu wojskowego, w arsenał którego wchodzą nie tylko elementy uzbrojenia, ale także nafta i gaz – takie zasady są oczywiste. Stąd też chyba nazwa, która sugeruje militarny a nie gospodarczy charakter przedsięwzięcia.

W wypowiedzi premiera Kaczyńskiego widać właśnie polityczne obawy, które są motorem działań gospodarczych: obawę przed „użyciem przeciwko nam” gazu ziemnego. I działania polityczne, bo tak są przedstawiane inicjatywy budowy rurociągu z Norwegii czy gazoportu, są odpowiedzią na te obawy. Premier podtrzymuje także zapowiedzi inicjatyw w rejonach Środkowej Azji i dalszych. O charakterystycznym podejściu preferującym ściśle polityczne rozumienie spraw energii, jest wymienienie wśród inicjatyw - „także tych czysto biznesowych”.

O politycznym charakterze sytuacji branży energii informuje także minister Wasserman:
“Między Polską a Rosją istnieje pole konfrontacji na płaszczyźnie gospodarczej i bezpieczeństwa energetycznego. Dlatego jesteśmy przedmiotem szczególnego zainteresowania rosyjskich służb” - wyjaśniał minister. Ujawnił też, że w ostatnim czasie wzrasta aktywność rosyjskich agentów na terenie Polski.

Branża nafty i gazu, pomimo niewielkiego w porównaniu z krajami europejskimi stopnia zależności od Rosji, została poddana więc regułom polityki. Dlatego wydaje mi się, że argumentacja ekonomiczna, biznesowa – nie będzie miała wielkiego wpływu na strategię rządu.

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl


2007-04-10 8:05

Gazowy OPEC nie powstał

GECFWidmo gazowego OPEC unosiło się przez dłuższy czas w mediach, strasząc świat cały, a szczególnie Europę, która i tak ma już stargane nerwy potęgą Gazpromu. Ten bowiem tylko czyha na okazję, by zdominować europejski rynek gazu. Tak przynajmniej wyglądał świat w mediach. Politycy także dali się ponieść emocjom, stąd Andris Piebalgs, komisarz Unii ds. Energii, także „nie wykluczał, że mogą być działania na rzecz stworzenia…” Szczyt, na którym miał powstać ów „gazowy OPEC”, już się odbył, więc może teraz porozmawiajmy bardziej rzeczowo.

Idea jest dość stara, jeszcze z lat 70-tych, gdy zaproponował ją Iran szacha Rezy Pahlavi. ZSRR nie chciał wtedy tworzyć kartelu energetycznego z przyczyn politycznych. Ostatnio w 2002 roku ideę ponowił Turkmenistan, ale Rosja także jej nie podjęła.

Jeśli przyjrzeć się możliwościom – także są potężne. O ile w światowym handlu ropą naftową potrzeba 11 krajów, by skupić 40% produkcji, to w gazie ziemnym Europie do takiego udziału w dostawach wystarczy Rosja i Algieria. Jeśli dodać do tego Iran, Katar i kilka innych krajów i wziąć pod uwagę nie wydobycie, a zasoby – to rzeczywiście można zacząć się bać. 16 państw, skupionych dzisiaj w GECF  (Gas Exporting Countries Forum),  posiada 72% światowych zasobów.

Jednak ci, którzy znają się na tym rynku i zależy im na opinii fachowców – podchodzą dużo spokojniej. Nawet jeśli są niechętnie nastawieni do Rosji, jak Claude Mandil (szef IEA), który stwierdza wprost, że się „nie denerwuje, gdyż nie widzi możliwości przeniesienia na rynek gazowy mechanizmów OPEC”. Jonathan Stern, dyrektor Oxford Energy Institute, nawet nie chce się zagłębiać w ten temat, twierdząc, że naprawdę są poważniejsze problemy. Choćby zmiana cen na gaz w Rosji, która może uczynić eksport rosyjskiego gazu do Europy mało atrakcyjnym.

Organizację Państw Eksporterów Gazu przedstawiano jako potężną, podczas gdy do niedawna nie miała ona nawet strony internetowej, a jej stan obecny jest mało budujący (www.gecforum.org). Gdyby się przyjrzeć aktywności poszczególnych państw, to Wenezuela – najbardziej krzykliwy uczestnik – w ogóle nie jest eksporterem gazu. Iran podobnie. Ich okrzyki wojenne są nacelowane na przestraszenie Zachodu. Są to dwaj najgłośniejsi zwolennicy utworzenia kartelu. Natomiast inne kraje wcale nie spieszą się do tworzenia kartelu. Z pewnością Rosja nie spieszy się do budowania nowego OPEC. Katar, podejmujący największe inwestycje i rosnący na potęgę w eksporcie gazu – jest bardzo wyważony.

Warto się także przyjrzeć realiom rynku gazu, który bardzo różni się od naftowego. Rynek ropy jest rynkiem globalnym, opartym na krótkoterminowych transakcjach spotowych oraz na papierowym obrocie instrumentami finansowymi. Regulowanie ceną przez producentów odbywa się poprzez ograniczanie wydobycia. Przez wiele lat rolę „swing producer” odgrywała Arabia Saudyjska. Kartel OPEC działa dość skutecznie.

Rynek gazu nie jest rynkiem globalnym lecz regionalnym. Jest rynkiem związanym infrastrukturą rurociągową (i inwestycjami w instalacje upłynniania i regazyfikacji w LNG), co niesie znaczące ograniczenia dla dostawców. Aby rurociąg powstał – konieczne jest zawarcie kontaktów długoterminowych na wieloletnie dostawy. Kontrakty te są wiążące i ich niedotrzymanie jest poddane międzynarodowemu arbitrażowi i karom w przypadku nie wywiązania się. W kontraktach tych przyjmuje się formułę ceny opartą zwykle na cenach ropy i jej produktów. Także nie ma tutaj możliwości balansowania wielkościami dostaw. Poza tym – nie widać chętnego do odgrywania roli Arabii Saudyjskiej, czyli państwa, które mając ogromne zasoby – nie wykorzystuje ich w pełni, ograniczając swoje zyski, aby ceny na rynkach mogły rosnąć.

To nie jest ropa, której wydobycie w rejonie Zatoki kosztuje kilka dolarów. To są  potężne inwestycje w wydobycie i rurociągi (instalacje LNG), które muszą pracować na zwrot kapitału.

W powstaniu kartelu przeszkadzają także rozbieżności w interesach – tak  politycznych jak i gazowych uczestników Forum. Dla przykładu – Katar, posiadacz trzecich pod względem wielkości zasobów gazu ziemnego, jest niechętny umożliwieniu wpływu przez Rosję na jego politykę dostaw. Z prostego powodu: na terenie Kataru stacjonują wojska amerykańskie i nie chce mieć napięć z Waszyngtonem. Rosja i Algieria - chociaż współpracują – są jednak głównymi konkurentami o rynek Europy, w których algierski SONATRACH ma za kilkanaście lat być głównym dostawcą.

Pamiętać także należy, że dostawcy gazu jednoczą się wobec działań krajów konsumujących energię, które osłabiają ich pozycję. Samo powstanie GECF związane było ze staraniami Unii o zniesienie klauzul o zakazu re-eksportu. To bardzo osłabiało pozycję dostawców, więc zaczęli się porozumiewać. Dzisiaj idea „energetycznego NATO” (promowana przez Polskę) jest zagrożeniem dla krajów – eksporterów. Nie chcą one formuły handlu, która pozbawia ich własności gazu na granicy i uniemożliwia wejście na ryki krajów – odbiorców. Akcja wywołuje reakcję – próby osłabienia dostawców wywołują ich starania o wzmocnienie swojej pozycji.

Oczywiście – co jest trudne czy niemożliwe dzisiaj – nie musi takie być w przyszłości. Dzisiejszy układ rynku, który uniemożliwia  stworzenie kartelu, zmieni się na skutek zwiększenia się gazu skroplonego LNG. Ten segment dostaw gazu w przyszłości może być do rynku nafty. Dzisiaj bowiem LNG to rynek kontraktów długoterminowych i zajmuje jedynie 6,9% rynku.

Jeśli się zmieni i urośnie do ponad połowy rynku - może zmienić rynek gazu na globalny i stworzyć tym samym  możliwości powstania kartelu przy tak ogromnej koncentracji zasobów w rękach 2 – 3 graczy.  Jednak jeśli by wykorzystał te możliwości w najbliższej przyszłości - kilku czy kilkunastu lat – po prostu by… nie powstał. Gaz ziemny z rurociągów byłby tańszy, droższy LNG nie wszedłby na rynek. Poza tym w generowaniu energii gaz ziemny ma potężnych przeciwników – energię nuklearną i węgiel.

Także mechanizmy cenowe – oparte dzisiaj na cenach „konkurencyjnych nośników energii”, czyli ropy naftowej, mogą się zmienić. Dlatego w długiej perspektywie czasowej porozumienia producentów tak gazu – w przyszłości, jak i ropy naftowej czy kawy – istniejące obecnie – są formą „przyciśnięcia do muru” bogatych państw Zachodu, które dla zaspokojenia swoich ogromnych potrzeb potrzebują surowców, żywności, używek, które nie występują na ich terytorium.

Warto przyjrzeć się, jak Rosja rozgrywa atuty państw – producentów gazu. Dobrze posługuje się ona mechanizmami opinii publicznej i wykorzystuje media (bardzo jej niechętne) do  osłabiania Zachodu i zwiększania swojej siły przetargowej. Media ciągle straszące Rosją mogą bowiem osiągać cele przeciwne do zamierzeń - przekonać nie tylko zwykłych czytelników, ale także polityków (patrz Piebalgs) o potędze Rosji.  Ta bowiem świetnie rozgrywa kolejne zapowiedzi Iranu czy Wenezueli o powstaniu kartelu, aby uspokajać Zachód, że jest wiarygodnym graczem, siłą, która moderuje ekstremistów i dba przede wszystkim o stabilność i bezpieczeństwo dostaw. Ale jednocześnie podkreśla, że państwa – producenci gazu, powinny współpracować i tę współpracę organizuje.

Na spotkaniu w Doha podjęto kroki, które mogą przełamać dzisiejszy stan tej organizacji. Powołano roboczą grupę ekspertów, którzy będą analizować sprawy techniczne, infrastrukturę, ale także mechanizmy cenowe na rynkach gazu. Przewodzi temu ciału Rosja (podobnie ja i całemu GECF), która grę o pozycję na globalnym rynku planuje na długie lata. Jest to z pewnością początek procesu wzmacniania państw wydobywających gaz ziemny, a Rosja zdobyła atut w energetycznej grze  z Zachodem.

Andrzej Szczęśniak

Andrzej Szczęśniak

www.szczesniak.pl


2007-04-03 9:05

Wyciągnąć wnioski z kazachskiej porażki

Strategiczna i energetyczna wizyta w Kazachstanie i Azerbejdżanie zakończyła się porażką. Warto przemyśleć, co się stało i wyciągnąć wnioski, które mogą poprawić polską politykę bezpieczeństwa energetycznego. Być może wyciągnięcie wniosków z tak poważnego wydarzenia będzie największą korzyścią dla Polski z tej wizyty.

Egzotyczne sojusze

Wystarczy popatrzeć na mapę (http://szczesniak.pl/node/481) Kazachstanu i przyjrzeć się jego politycznym i gospodarczym związkom z Rosją, żeby było jasne, że szukanie tam sojusznika w polskich potyczkach z Rosją jest daremne. Centrala Azja jest daleko od Europy, nie przystąpi do Unii Europejskiej, nie aspiruje do NATO. Kazachstan przywykł, że Związek Radzicki, a teraz Rosja jest dominującym partnerem w „wieczystej przyjaźni”, która często jest przywoływana przez kazachskich polityków.

Szukanie sobie przyjaciół daleko, a robienie wrogów z sąsiadów jest nie najlepszą tradycją polskiej polityki. Jednak w tak kluczowej dla Kazachstanu i Rosji gałęzi gospodarki, jaką są surowce energetyczne – nie ma miejsca na romantyczne złudzenia i flirty. Nikt nie porzuci partnera, którym jest związany siecią rurociągów (a one wiążą mocno - jak małżeństwo), wspólnych przedsięwzięć gospodarczych. Przyjeżdżającego z ofertą takiego flirtu – oblewa się kubłem zimnej wody. Tak też uczyniono z polską delegacją.

Podobnie jest szukaniem gazowych sojuszy w Azerbejdżanie. Prezydenci deklarują współpracę polsko-azerską w tej dziedzinie, stwierdzając, że “Polska może mieć swój udział w rychłych dostawach azerskiego gazu do Europy”. Nie wiem, dlaczego angażujemy się w przedsięwzięcia, które nas nie dotyczą, które nie doprowadzą do Polski grama gazu. Azerbejdżan swoje zasoby gazu wyeksportuje do Turcji, której rynek gazu rozwija się w błyskawicznym tempie (w odróżnieniu od naszego). Rurociąg Nabucco jest bardzo trudnym projektem (ostatnio został znowu odłożony), nie przewiduje się też doprowadzenia go do Polski. Azerski i rosyjski gaz (z Blue Stream) popłynie dalej do Grecji, może do Włoch. Po cóż więc angażujemy się w tak egzotyczne dla nas inicjatywy?

Wydaje mi się, że Polska podąża w tym rejonie tropami dawnej polityki amerykańskiej z lat 90-tych, które starały się nie dopuścić do umocnienia się Rosji. Jednak lata słabości Rosji minęły, a my wchodzimy na teren całkowicie nam nieznany, gdzie “nieprzyjaciel” jest mocno ufortyfikowany.

Ceniąc sobie USA jako sojusznika, należy jednak pamiętać, że rurociągi i zaopatrzenie w surowce to w Europie sprawa lokalna, a nie globalna. Że tutaj konieczne są związki z krajami europejskimi i wygrywanie naszych atutów (np. położenia jako kraj tranzytowy), a nie uprawianie polityki globalnej. Dzisiaj, na skutek wpływów ideologicznych, priorytetem naszej polityki energetycznej wydaje się osłabianie Rosji, a jest niepodważalną prawdą, że najważniejsze powinno być wzmacnianie Polski. Tutaj niestety te dwa cele nie są zbieżne. Trzeba wybierać.

Wiecznie spóźnieni?

Polska przegrywa swój czas – szanse, które się pojawiają – nie trwają wiecznie. Ukraińska oferta dokończenia niezbyt trafnej decyzji wybudowania krótkiego i dość taniego odcinka rurociągu czekała wiele lat i doczekała się szeregu biznesplanów, umów międzyrządowych, wizyt i deklaracji polityków. W tym czasie powstał, choć później rozpoczęty potężny rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan. 50 mln ton ropy corocznie płynie na południe a nie do Polski. Stąd też brak dostawców ropy do Odessy, gdyż Azerowie związali się na trwale z Morzem Śródziemnym przez Turcję. Na długo nie będzie nafty dla innych projektów.

Rosyjska inicjatywa, skierowana jakby wprost do Kazachstanu – rurociąg Burgas – Aleksandopoulis, to krok w przyszłość, otwierający ogromne możliwości eksportowe dla potężnych zasobów ropy kazachskiej. Ta rosyjska inwestycja, pierwszy zarządzany przez Rosjan rurociąg w Unii Europejskiej pomoże przedrzeć się rosyjskiej i kazachskiej ropie przez wąskie gardło Bosforu. Rosyjska ropę przetransportuje się nad Morze Czarne rurociągiem kaspijskim CPC, biegnącym z kaspijskiego pola Tengiz przez Rosję do Noworosyjska.

Rozszerzenie pojemności tego kanału tranzytu da nowy impuls wydobyciu kazachskiej ropy, które dzisiaj rozwija się dużo słabiej niż zakładano. Rosjanie bardzo spieszą się z realizacją, wiedzą, jaką wartość w gospodarce ma czas. W Polsce ta świadomość jest bardzo słaba.

Tylko polityka, a gdzie gospodarka?

Na podobnym szczycie, jaki planujemy w Warszawie w maju, Prezydent Kuczma, zdenerwowany bezproduktywnym czekaniem – stwierdził: „Dość tego, nie możemy liczyć na Polaków!” I zawarł umowę o odwróceniu rurociągów. Polska nie wyszła poza sferę deklaracji, pustych obietnic i nie wywiązała się z żadnej. Musimy się uderzyć we własne piersi. I pamiętać, że liczą się fakty, a nie puste deklaracje.

Dzięki temu ruchowi Ukrainy, rurociąg Brody – Odessa (bo w tym kierunku transportujący rosyjską ropę) wrósł już w krajobraz logistyczny i zakorzenił się w nim. Już nie 3 mln ton ropy, jak na początku, już 12 mln ton ropy rocznie jest nim transportowane. Nie będzie łatwo go „odwrócić”. Szczególnie, że Ukraina, chcą bronić taniego gazu, jaki dzięki Rosji wciąż otrzymuje, nie będzie teraz odwracała sojuszy. Szczególnie trzeba wziąć pod uwagę, że Prezydent Juszczenko to nie jest władza wykonawcza i jego deklaracje nie znajdą przełożenia na działania rządu. Spotykanie się w takim gronie skazuje przedsięwzięcie na trwanie w formule czysto politycznej, która ciągnie się od 10 lat i która doprowadziła do dzisiejszego stanu.

Niestety nadal po 10 latach „owocnych wizyt” państwowych oficjeli w dalszym ciągu nasze propozycje są mgliste i mało realistyczne. Takie zarzuty ze strony głowy państwa, wobec którego mamy tak ambitne plany, powinny wstrząsnąć polską polityką energetyczną. Nie można narażać głowy państwa na takie zarzuty. Zanim spotkają się prezydenci, niech lepiej projekty przygotują fachowcy, którzy na własną odpowiedzialność i z własnych inwestycji – przygotują projekty, które są realne, konkretne i opłacalne. Rolą państwa jest wspierać korzystne dla Polski inicjatywy, a nie snucie mgławicowych strategii na skalę globalną.


Andrzej Szczęśniak
www.szczesniak.pl